Prof. dr. hab. Marcin Król jest filozofem, historykiem idei, nauczycielem akademickim, publicystą. Wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego. Twórca i wieloletni redaktor naczelny pisma „Res Publica Nowa”. Członek Collegium Invisibile, Przewodniczący Rady Fundacji im. Stefana Batorego, autor wielu książek, artykułów, tłumaczeń i esejów.

Romantyzm ma w Polsce złą opinię. Przyczynili się do tego zarówno politycy, którzy przeciwstawiają go liberalizmowi, racjonalizmowi czy pragmatyzmowi, jak i niektórzy kontynuatorzy romantyzmu, którzy widzą w nim tylko okazję do obchodzenia rzekomo patriotycznych rocznic. Dla Polski jednak romantyzm i jego tradycja są znacznie ważniejsze, niż zwykło się sądzić. Mogą być one kluczem do odbudowania wspólnoty Polaków w XXI wieku.

Polska kultura wysoka nigdy – przedtem ani potem – nie była tak blisko poziomu światowego, jak w okresie romantyzmu. Tylko wówczas polscy pisarze stali na równi z najlepszymi w Europie, a często nawet ich przewyższali. Romantyzm był dziełem talentu, ale także wynikiem specyficznego sposobu myślenia o świecie – przekonania, że siła płynie z ducha i słowa, a nie tylko z rzeczy. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że romantycy mieli rację. W gruncie rzeczy wszyscy się z tym zgadzamy, tylko obawiamy się to głośno powiedzieć. Obawiamy się lub na miejsce ducha podstawiamy jego słabe surogaty, jak psychika, osobowość, tożsamość czy ego.

Romantyzm vs. liberalizm – sztuczny spór

Warto sobie uświadomić, że – wbrew obiegowej opinii – romantyzm nie był nigdy przeciwnikiem liberalizmu. Pierwszy wielki europejski liberał, Benjamin Constant, napisał nawet dwie świetne powieści romantyczne. Choć na świecie, również i w Polsce, wspólny rodowód romantyzmu i liberalizmu jest od pewnego czasu zauważany, to pogląd ten nie dotarł jednak do świadomości większości naszych rodaków, a tym bardziej polityków.

Pokrewieństwo naszego rodowodu romantycznego oraz liberalnego wynika z subiektywizacji jednostki. Z nieznanego przedtem przekonania, że każdy z nas jest istotą osobną, odmiennie postrzegającą świat. Czyli, inaczej mówiąc, z pluralizmu, którego nikt już potem, mimo wielu wysiłków, nie zdołał z kultury europejskiej usunąć.

Pokrewieństwo naszego rodowodu romantycznego oraz liberalnego wynika z subiektywizacji jednostki. Z nieznanego przedtem przekonania, że każdy z nas jest istotą osobną, odmiennie postrzegającą świat.

Liberalizm przynosi nam wolność od jakiejkolwiek zewnętrznej przemocy, natomiast romantyzm wskazuje, że kraina wolności jest zawsze tylko nasza, wyjątkowa, subiektywna. Zarysowuje się tu nie tyle podobieństwo, ile równoległe zmierzanie w kierunku wyzwolenia człowieka.

Równie istotne są jednak różnice pomiędzy liberalizmem a romantyzmem. Podstawowa dotyczy pojęcia wspólnoty. Dla romantyków jest ono centralne, dla liberałów – drugorzędne i podejrzane. Oczywiście, romantyczna wspólnota to wspólnota ducha, nie wspólnota polityczna, ale czy słuszny jest argument liberałów, że można mieć wspólnotę polityczną bez wspólnoty ducha? W moim przekonaniu nie. Jednak liberałowie są wyczuleni na wszelkie próby wprowadzenia wspólnoty myśli, tradycji, obyczaju, bowiem panicznie obawiają się, że wspólnota zawsze będzie prowadziła do jakichś form przymusu. Świadczy o tym ich spór z komunitarianami, którzy nie kwestionują liberalizmu, a tylko chcieliby, by uwzględniał on fakt istnienia wspólnot i traktował nieagresywne wspólnoty jako pożądane. Spór wciąż trwa w filozofii Zachodu, mimo dość powszechnej świadomości negatywnych konsekwencji radykalnego liberalnego indywidualizmu.

Odbudować wspólnotę

Jak uwagi te mają się do obecnej sytuacji w Polsce? Nie do polityki rządu oraz opozycji, lecz do stanu świadomości i ewentualnych przyszłych rozwiązań, kiedy już wydobędziemy się z obecnej słabości umysłowej?

Nie mam wątpliwości, że naszym podstawowym celem powinno być odbudowanie wspólnoty. Sformułowanie to powtarzają wszyscy komentatorzy, niezależnie od poglądów politycznych. Zapewne równocześnie zupełnie nie rozumieją, ani też nie wyobrażają sobie, jak mogłoby to się dokonać. Niektórzy naiwnie ufają w potęgę debaty politycznej, inni sądzą, że z czasem warstwy, które niedawno wydobyły się z chłopskiego egoizmu, dołączą do wspólnoty politycznej. Partie centrum, partie liberalne bronią liberalnego pragmatyzmu. Partie populistyczno­‑nacjonalistyczne sięgają natomiast po romantyzm, ale dla niecnych celów. Chciałyby na postromantycznych reminiscencjach zbudować nowy polski patriotyzm, co jest i niebezpieczne, i – na szczęście – niewykonalne.

Jestem przekonany, że jedyną formę tradycji wspólnotowej w Polsce ukształtować może romantyzm, rozumiany jednak jako postawa filozoficzna i społeczna, a nie jako antagonista racjonalizmu i zdrowego rozsądku. Nie ma wspólnoty bez mitów i symboli. Na samej gospodarce wolnorynkowej i rządach prawa wspólnoty się nie zbuduje. Wspólnota nie może być, jak tego chcieli Schumpeter czy Dahrendorf, zimna. Wspólnota to świat gorący, a co najmniej pełen ciepła.

Jedyną formę tradycji wspólnotowej w Polsce ukształtować może romantyzm, rozumiany jednak jako postawa filozoficzna i społeczna, a nie jako antagonista racjonalizmu i zdrowego rozsądku.

Doskonale rozumiał to wychowany w tradycji romantycznej Józef Piłsudski, który wykorzystywał ją w celu ustanowienia mitu założycielskiego niepodległej Polski. Zupełnie nie rozumieli tego twórcy III Rzeczpospolitej, którzy uznali, że romantyczną w istocie tradycję „Solidarności” należy odsunąć, wprowadzając w jej miejsce reguły liberalizmu i demokratycznego państwa prawa – takiego, jakie istniało wówczas w zachodniej Europie. Mimo że we Francji, na przykład, czy też w Niemczech, obok kapitalistycznego liberalizmu istniały przecież tradycje instytucji wspólnotowych. Polski zabieg okazał się na krótką metę skuteczny, lecz na dłuższą – bardzo niedobry.

Romantyzm w XXI wieku

Dziś kwestia romantyzmu staje się istotna dla przyszłości Polski. Nie mamy innej tradycji, do której moglibyśmy nawiązać. Tradycja liberalna, pieczołowicie wydobywana z XIX wieku przez niektórych uczonych i myślicieli, była wątła i niewiele z niej zostało. Trudno znaleźć jakiekolwiek inne alternatywy. Warto zastanowić się zatem, co dziś dla Polaków mógłby i powinien znaczyć romantyzm.

W mojej opinii powinien on się przede wszystkim wiązać z przekonaniem, że życie publiczne nie jest domeną sporu partii politycznych, lecz dążenia do ustanowienia wspólnoty. Nie wspólnoty przymusowej, lecz wspólnoty patriotycznej. Patriotą jest się natomiast z wyboru, a nie z konieczności. Nikt, dlatego że jest obywatelem Polski, bo tu się urodził, nie może nakazać, bym był członkiem patriotycznej wspólnoty, a tym bardziej – aktywnym propagatorem idei narodowej. Polityka i życie publiczne nie są naszym obowiązkiem, lecz przywilejem, z którego nie musimy korzystać. W Polsce jednak przywilej ten jest ściśle związany z postawami romantycznymi, czyli z przekonaniem, że wartości duchowe i duchowa percepcja świata stoją na pierwszym miejscu.

Romantyzm w XXI wieku powinien się wiązać z przekonaniem, że życie publiczne nie jest domeną sporu partii politycznych, lecz dążenia do ustanowienia wspólnoty. I to nie przymusowej, ale patriotycznej – takiej, w której się jest nie z konieczności, a z wyboru.

Proszę zauważyć, jak łatwo – posługując się karykaturą tego przekonania – jest w Polsce zyskać poparcie sporej części społeczeństwa. Przemawianie nie tylko do rozumu, ale także do duchowości i uczuciowości obywateli, nie jest niczym gorszącym. Nie możemy przecież zachowywać się tak, jakby obywatele uczuć nie mieli. Jednak sfera uczuć może, równie łatwo jak sfera rozumu, ulec zdeprawowaniu. Dlatego póki dysponujemy romantycznym arsenałem, wykorzystujmy go. To przecież czyniliśmy w latach komunizmu, kiedy każde przedstawienie „Dziadów” stanowiło okazję do wielkiej debaty, a nawet do rozruchów społecznych. Co się takiego stało, że już tak nie jest?

Pragmatyzm zabił uczucia, bez których nie jest możliwa wspólnota, a wobec tego nie jest możliwa demokracja. Demokrację bowiem zaczęto pojmować jako zestaw procedur, a nie jako wspólnotę. Nie warto szukać winnych, warto szukać sposobów na wydobycie się z tej sytuacji.

powrót
Prof. dr. hab. Marcin Król

prof. dr hab. Marcin Król

Uniwersytet Warszawski

Prof. dr. hab. Marcin Król jest filozofem, historykiem idei, nauczycielem akademickim, publicystą. Wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego. Twórca i wieloletni redaktor naczelny pisma „Res Publica Nowa”. Członek Collegium Invisibile, Przewodniczący Rady Fundacji im. Stefana Batorego, autor wielu książek, artykułów, tłumaczeń i esejów.