Adam Fularz – ekonomista, wydawca portali internetowych, prowadzi niewielką agencję prasową.

Czy możemy dziś jeszcze mówić o wspólnocie Polaków, czy też rozpadła się ona bezpowrotnie na dziesiątki czy nawet setki mniejszych grup? Dlaczego współczesne społeczeństwa się dzielą? Czy pozostały nam jeszcze jakieś spoiwa, dzięki którym „Polskie Razem” może przetrwać?

Ciągłość społeczna jest zrywana przez rewolucje technologiczne. I tak też moim zdaniem rewolucja technologiczna w sferze mediów spowodowała zerwanie wspólnoty społecznej Polaków oraz wykształcenie się w polskim społeczeństwie szeregu różnych, odrębnych społeczeństw czy też bardzo silnie rozgraniczonych klas społecznych. Grupy te właściwie tylko mijają się na ulicy. Już w zasadzie nie łączą ich wspólne instytucje – te bowiem zostały zawłaszczone czy wręcz sprywatyzowane przez walczące ze sobą frakcje społeczne. Nie łączą ich też media, które przyczyniły się do fragmentaryzacji społeczeństwa na bardzo wiele odrębnych grup, spośród których każda posiada własną, odrębną kulturę, sztukę.

Następuje zatem kulturowe „zamykanie się” w gettach odrębnych kultur. Wnioski spisane przez Pawła Śpiewaka po jednym z seminariów Kongresu Obywatelskiego sprzed kilku lat to: Polska podzielona aż do trzewi. Na plemiona, na plemię narodowo­‑katolickie i drugie plemię, które trudno określić. Nastąpiła dekompozycja, widoczny jest brak wspólnych celów społecznych, pojawiła się antagonizacja poszczególnych społeczeństw polskich. Doszło do rozpadu „Polskiego Razem”.

To wszystko obrazują też dane statystyczne, jak chociażby z badań przytoczonych w pracy Henryka Domańskiego pt. „Europejskie społeczeństwa”. Indeks aktywności obywatelskiej, procent aktywnych i bardzo aktywnych obywatelsko, wynosił 13%, i był najniższy spośród 20 badanych krajów. Zaangażowanie w organizacjach społecznych było 4‑krotnie mniejsze niż w krajach­‑liderach i oczywiście najmniejsze w badanej grupie państw.

Już tylko interesy polityczne

Mira Marody i Jacek Raciborski cytowani przez Edwina Bendyka przedstawiają rozpad tradycyjnego społeczeństwa, które w dzisiejszych czasach jest posegmentowane, zamykające się jak amerykańscy Amisze w swoich enklawach. Socjolog Alain Touraine idzie dalej, i w mojej opinii, trafia w sedno. Oto wspólne społeczeństwo już nie istnieje. Społeczne i polityczne instrumenty tworzenia społecznej całości utraciły na znaczeniu: związki zawodowe, kościoły, partie polityczne, klasy, a nawet rodzina przestały być kluczowymi punktami odniesienia dla budowania społecznej tożsamości jednostek. Najważniejszym źródłem podmiotowości staje się kultura (…) Nie istnieje już to społeczeństwo, które było przedmiotem zainteresowania socjologii i nauk społecznych. Społeczeństwo nie jest już strukturą determinującą zdolność jednostki do bycia twórcą własnej historii, czyli podmiotem zdolnym do działania w pojedynkę i w grupie – argumentuje Touraine przytaczany przez Bendyka.

To wokół swoich zupełnie odrębnych i sprzecznych kultur zbudowały się nowe polskie społeczeństwa. Jesteśmy już krajem wielokulturowym, krajem wielu społeczeństw.

Sam jestem członkiem jednego z mniejszych polskich społeczeństw – ot, małej społeczności zbudowanej wokół jednej z kultur współczesnego wielokulturowego świata. Odważę się na postawienie tezy, że jako homogeniczna grupa nie ma ona w zasadzie nic wspólnego z innymi polskimi społeczeństwami. Społeczności takie jak moja komunikują się prawie wyłącznie przez narrowcasting, o którym mowa w dalszej części tekstu.

Co więc scalało jeszcze do niedawna rozmaite zatomizowane społeczeństwa, albo – w wersji mniej radykalnej – segmenty zatomizowanego społeczeństwa? Otóż wg Alaina Touraine’a: już tylko wspólne państwo i jego instytucje. Tymczasem współcześnie polskie państwo już nie jest moim zdaniem „wspólnym państwem” – jego instytucje zostały przejęte przez najsilniejsze z wielu odrębnych polskich społeczeństw.

Nadawanie do wąskiej grupy, wąskonadawanie

Wykształca się narrowcasting, wąskonadawanie, nadawanie do wąskich grup odbiorców. Narrowcasting podciął klasyczną pozycję gazet, dzieląc „widownię masową” na szereg wyspecjalizowanych grup widzów skupionych wokół poszczególnych haseł i tematów. Efekt aglomeracji, korzyści skali gazet zanika wraz z rozwojem fragmentacji wszystkich mediów. Duże organizacje medialne próbujące obsługiwać znaczne części ludności zostały zastąpione przez wielość, wręcz nadmiar małych, bardziej wyspecjalizowanych organizacji, często mających za cel informowanie tylko wąskich grup odbiorców.

Wykształca się narrowcasting, wąskonadawanie, nadawanie do wąskich grup odbiorców. Narrowcasting podciął klasyczną pozycję gazet, dzieląc „widownię masową” na szereg wyspecjalizowanych grup widzów skupionych wokół poszczególnych haseł i tematów.

Przykładem wąskonadawania są tematyczne stacje telewizyjne, ale też coraz bardziej sprofilowane media, obsługujące coraz to węższe nisze rynkowe. Bazują one na postmodernistycznym założeniu jakoby masowy widz nie istniał. Opierają się na marketingu niszowym.

Nawet w polskich kręgach młodych elit klasyczne media strumieniowe zostały wyparte przez podcasting (po polsku musiałby być to neologizm „podnadawanie”). Podcasting jest częścią narrowcastingu (wąskonadawania), są to media ściśle skierowane na ogromną liczbę nielicznych grup. Ich siłą jest wielość.

Narrowcasting porozcinał widownię na coraz to mniejsze i mniejsze fragmenty. Rosnące znaczenie takich funkcji internetu jak wyszukiwanie treści także zmieniło pierwotną funkcję gazet. Zamiast czytać materiały dla widowni ogólnej, czytelnicy poszukują treści konkretnych autorów albo konkretnych haseł, co czyni zbiorczą funkcję gazet pozbawioną znaczenia. Co więcej, media społecznościowe sprawiły, że „czasopisma” współczesnej bohemy młodego pokolenia są szyte na miarę – ich agendę, tytuły, układają osoby z grona ich znajomych, dodając swoje wydarzenia, wklejając odnośniki do ich zdaniem interesujących multimediów. Czytelnicy, abonując mikroblogowe strumienie nowości od poszczególnych użytkowników sieci, tworzą media przycięte na ich (odbiorców) miarę. Rozwija się personalcasting – nadawanie osobowe, docięte za pomocą user modeling (modelowania użytkownika) pod konkretnego odbiorcę i jego wąsko zdefiniowane gusty.

Requiem dla „Polskiego Razem”

Twierdzę, że wypada wyprawić pogrzeb dla sofizmatu o „polskim razem”. Jeśli taka wspólnota kiedyś istniała, rozpadła się, jest już martwa. Rozpadliśmy się na odrębne społeczeństwa sieciowe, odrębne wspólnoty religijne, odrębne wspólnoty językowe, odrębne społeczeństwa mniejszości, odrębne wspólnoty wykluczonych. Zantagonizowane społeczeństwa polskie często nie mają ze sobą żadnych wspólnych wyraźnych wartości. Kiedyś spoiwem były instytucje państwowe, ale i to jest już zwykle całkowitą przeszłością.

Rozpadliśmy się na odrębne społeczeństwa sieciowe, odrębne wspólnoty religijne, odrębne wspólnoty językowe, odrębne społeczeństwa mniejszości, odrębne wspólnoty wykluczonych. Zantagonizowane społeczeństwa polskie często nie mają ze sobą żadnych wspólnych wyraźnych wartości.

Wiele społeczeństw dzieli się na grupy i sieci społeczne, ale w Polsce te podziały nastąpiły wokół informacji. Pod względem informacyjnym, jesteśmy krajem z wieloma różnymi społeczeństwami sieciowymi. Jednostki, węzły społeczeństw sieciowych, żyją nie tyle w informacyjnych bańkach, co na niepołączonych ze sobą „śmietniskach zanieczyszczeń informacyjnych”. Skażenie informacyjne (ang. information pollution) i skażenie kulturalne (ang. cultural pollution) jest w Polsce tak znaczne, że prowadzi do stresu, paraliżu decyzyjnego, lęku, niepokoju i ma negatywny wpływ na możliwości przyswajania nowych treści. Część autorów uważa że skażenie informacjami prowadzi do utraty wartości moralnych i perspektyw. Wikipedia podaje, że ze względu na niską jakość i dużą ilość otrzymywanych informacji ludzie stają się mniej wrażliwi na nagłówki i bardziej cyniczni wobec nowych wiadomości.

Społeczeństwo polskie rozpadło się na wiele społeczeństw dzięki własnym wyborom jednostek, które dokonywały interakcji z innymi, wybranymi jednostkami. W zetknięciu z zalewem informacji, dawne społeczeństwo polskie uległo podziałowi na szereg niepowiązanych społeczeństw, których wartości moralne są zupełnie niespójne i wzajemnie sprzeczne. Z mojego punktu widzenia ewidentnym jest, że nie ma już elementu trwałej interakcji między jednostkami rozpadłego już społeczeństwa, więc nie ma mowy o jednym polskim społeczeństwie.

Nie ma już jednej wyróżniającej się kultury, nie dzielimy już wspólnych instytucji. Jako że jedne polskie społeczeństwa wyrządzają szkody innym polskim społeczeństwom, nie ma już obopólnej użyteczności, korzyści ze współistnienia w jednym społeczeństwie, która w definicji Adam Smitha miała utrzymywać sens istnienia jednego wspólnego społeczeństwa. Patrząc z boku, wydaje się że nie ma już ekonomicznego sensu współistnienia rozłącznych, zantagonizowanych społeczeństw obszaru Polski.

Prowadziłem polemikę z jednym z autorów, który w sprawie „Polskiego Razem” widział „punkty styczne”. Odpowiedziałem mu na twierdzenie, że dzielimy jeden język, mieszkamy na jednym obszarze, słowami: Nie wiem gdzie Pan widzi te punkty styczne? Gdzie? Na ulicy chyba tylko te osoby się mijają. Ja nie widzę tych mitycznych punktów stycznych – bo niby gdzie? Proszę je wskazać…

Tekst jest uaktualnioną i poszerzoną analizą, jaką autor wykonywał dla Polish Media Owners Association.

Komentarz Marcina Skrzypka,
Członka Rady Programowej Kongresu Obywatelskiego, Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”

Marcin Skrzypek

Rozdrobnienie i indywidualizacja komunikacji w porównaniu z czasem sprzed rozwoju mediów w ostatnich 20 latach jest faktem. I wiele zdiagnozowanych, przytoczonych w powyższym tekście zjawisk również. Dlatego uważam analizę Autora za ważną dla nas w Polsce i trafiającą we wrażliwe miejsce. Niemniej jednak ogólny wniosek według mnie wynika raczej z pesymizmu Autora niż z dowodu, że jakiś „wskaźnik bycia razem” się załamał i to akurat z powodu struktury masowej komunikacji.

„Bycie razem” Polaków jest warunkowane wieloma innymi czynnikami – np. edukacją, treścią przekazów, tym co robią autorytety władzy (tu bym widział główną siłę odśrodkową), w ogóle kształtem świata. Mamy pierwsze pokolenie, które nie ma za sobą żadnych doświadczeń zniewolenia, za to posiada wiele nowych możliwości i ograniczeń nieznanych poprzednikom. Ponadto, zawsze przekaz był zindywidualizowany – np. ludzie pożyczali różne książki i tworzyli kręgi czytelników danego rodzaju literatury. Dziś bogata oferta wyostrza nisze, powoduje przeskakiwanie z jednej do drugiej (tzw. zajawki), ale z drugiej strony umożliwia lepsze poznanie nawzajem swoich upodobań, stylów życia itp.

A co powiedzieć o „byciu razem” Polaków w XIX wieku i po I wojnie światowej? Kiedy 1/3 mieszkańców w ogóle nie była Polakami, a wśród Polaków były tak ogromne różnice ekonomiczne, pochodzeniowe, ekonomiczne, prawne, geograficzne? Wystarczy poczytać książki z tamtych czasów. Proponuję na początek „Dziewczęta z Nowolipek”. Może być też „Przedwiośnie”.

Podziały wśród Polaków są niewątpliwe. Niewątpliwie też straciliśmy dużo czasu w sprawach związanych z budowaniem poczucia wspólnego dobra, odpowiedzialności, umiejętności dogadywania się itp. Myślę jednak, że wrażenie „bycia razem” jest w znacznej mierze subiektywne. Jeżeli zwracamy uwagę na różnice i to w małej skali – to mamy problem. Obraz rozpada się nam na pojedyncze piksele. Ale jak się odejdzie dalej – znowu widać spójność kształtów. Kasandryczne stwierdzenia są lepiej słyszalne. Co oznacza, że publicyści też chętniej po nie sięgają, bo chcą być słyszalni. Taka jest rola trębacza, dzwonnika, watchdoga – żeby alarmować. Ale teraz pytanie, czy dla nas, adresatów, na tym kończy się procedura? Nie, musi nastąpić jakaś reakcja. Załamanie rąk? Cofnięcie wskazówek zegara i odgórne zgromadzenie wszystkich pod jednym medialnym berłem i sztandarem?

Ja akurat doświadczam znacznego „bycia razem” Polaków. Widzę, jak się budują wspólne wartości, mimo różnorodności. Jak te wszystkie różnice, o których pisze Autor, nie mają w tym procesie znaczenia. Właśnie dzięki kulturze nie czuję żadnych barier. I mnóstwo osób z tej ziarnistej masy Polaków bardzo dobrze się czuje wśród innych ziaren. Po prostu spójność działa dziś na innych poziomach, a nie na poziomie jednolitości, która miałaby zbić te wszystkie ziarna w jedną bryłę. To, jakie filmy oglądamy czy gazety czytamy naprawdę nie powinno być traktowane jako miernik „bycia razem”. Wręcz przeciwnie, szukamy – szukajmy! – poważniejszych wspólnych mianowników. Paradoksalnie, takim mianownikiem może być właśnie owa ulica, na której się mijamy. Zauważmy ją i siebie na niej: wspólnej przestrzeni, która powinna zaspokajać nasze różnorodne, ale wspólne ludzkie potrzeby, na czele z potrzebą bezpośredniego kontaktu z drugim człowiekiem. Bo jak mówi Jan Gehl, od zawsze największą atrakcja dla człowieka był i będzie drugi człowiek. Dlatego również przestrzeń publiczna jest medium społecznej komunikacji. I tematem integracji wielu Polaków przez rozproszone media elektroniczne.

powrót
Adam Fularz

Adam Fularz

ekonomista

Adam Fularz – ekonomista, wydawca portali internetowych, prowadzi niewielką agencję prasową.