Agnieszka Wojeichowska

Straż pożarna jest uznawana za typowo męskie miejsce pracy. Nic w tym dziwnego – podczas akcji bardzo ważna jest siła fizyczna i wytrzymałość. Przykład kpt. Agnieszki Wojciechowskiej, która będzie jedną z prelegentek zbliżającego się XII Kongresu Obywatelskiego, pokazuje jednak, że nie jest to zawód zamknięty dla kobiet. W jaki sposób udało się jej przebić i zyskać zaufanie kolegów z zespołu? Na czym powinna się opierać współpraca w grupie? Co z etosu strażaka warto byłoby przenieść na płaszczyznę ogólnospołeczną?

Rozmowę prowadzi Marcin Wandałowski – redaktor thinklettera Kongresu Obywatelskiego.

Dlaczego zdecydowała się Pani zostać strażakiem?

Pierwotnie chciałam pójść na medycynę, uczyłam się w liceum medycznym we Wrocławiu. Większość osób z mojej klasy dostało się na ten kierunek, a ja niemal w ostatniej chwili zdecydowałam, że chciałabym jednak w życiu robić coś bardziej aktywnego. Do tego mam w rodzinie korzenie strażackie, mój tata jeździł na akcje, a ja widziałam, że dużo satysfakcji przynosi mu to, że robi coś ważnego dla społeczeństwa. Straż pożarna cieszy się zresztą w Polsce bardzo dużym zaufaniem społecznym. Chciałam zostać jej częścią.

Kto nadaje się do bycia strażakiem?

Aby być dobrym strażakiem, trzeba spełniać równocześnie przynajmniej kilka warunków. Osoba, która chce wykonywać ten zawód, musi być silna, wytrzymała fizycznie oraz psychicznie. Musi zdawać sobie sprawę, że jest to praca w pędzie, wykonywana pod presją i adrenaliną, w której nieraz trzeba podejmować decyzje dosłownie w jednym momencie.

W społeczeństwie utarło się, że taki zestaw cech jest częściej spotykany u płci męskiej – stereotypowy strażak to przecież mężczyzna.

To prawda – nie jest łatwo znaleźć kobiety, które dałyby sobie radę w tym zawodzie. Nawet w Szkole Głównej Służby Pożarniczej, w której studiowałam, często słyszałam opinię, że kobieta się nie nadaje. Spośród 90 osób na moim roczniku było jedynie sześć kobiet, co i tak oznaczało, że poziom feminizacji był wysoki. Często bywa tak, że na jednym roku są zaledwie jedna czy dwie dziewczyny.

Nie mają one problemu z ukończeniem szkoły?

Ukończenie szkoły nie jest raczej problemem, lecz schody pojawiają się później. Większość absolwentek trafia do straży pożarnej, ale „za biurka”. Trudno natomiast znaleźć jednostkę, która zatrudni kobietę po to, by jeździła do akcji.

Pani się jednak udało.

Początkowo również spotykałam się z oporem. Zazwyczaj tłumaczono mi, że w danej jednostce nie ma warunków, by przyjąć kobietę. W końcu jednak trafiłam na otwartego dowódcę jednostki, który zatrudnił mnie niejako na zasadzie eksperymentu. Wszyscy członkowie zespołu myśleli, że po trzech miesiącach okresu próbnego zrezygnuję – robili sobie nawet ze mną pamiątkowe zdjęcia. Jednak mijały miesiące, później jeden rok, drugi, i zostałam w jednostce na stałe. Zżyłam się z nią, zaczęłam ją wręcz traktować jak rodzinę.

Bycie kobietą przestało stanowić problem?

Chłopacy bez wątpienia mnie zaakceptowali. Zastanawiałam się, dlaczego mi się to udało, podczas gdy innym kobietom przychodzi to często znacznie trudniej. Oprócz tego, że pracuję w straży, jestem też sportowcem – sport to w zasadzie 50% mojego życia. Bardzo dużo czasu poświęcam na pracę nad wytrzymałością fizyczną i sprawnością. Wydaje mi się, że koledzy z zespołu zobaczyli, że w żaden sposób nie odstaję od grupy, a wręcz przeciwnie – wpisuję się w nią. Nie patrzyli na płeć, tylko na to, czy „daję radę” podczas akcji.

Kluczem było zatem zdobycie zaufania?

Gdy się funkcjonuje w jednym zespole, bardzo istotna jest świadomość, że można polegać na jego członkach. W grupie wszyscy jesteśmy równi, wszyscy działamy razem i się uzupełniamy. Gdy jedziemy na akcję, w wozie strażackim jest sześć osób – kierowca, dowódca oraz cztery osoby z tyłu. Czasem jestem dowódcą, lecz zazwyczaj jedną z osób siedzących z tyłu. Będąc już na miejscu trzeba z reguły działać bardzo szybko, sprawnie. Musimy się rozumieć, znać pewne schematy na pamięć. Jeżeli do wykonania jest 100% pracy, to każda z czterech osób powinna robić po 25%. Gdyby okazało się, że w takiej grupie jest osoba słabsza fizycznie, bądź niedostatecznie zgrana z zespołem, pozostałe trzy osoby automatycznie musiałyby wziąć na swoje barki większy ciężar. Ja swoje 25% wypełniam, czym zyskałam szacunek kolegów. Poza tym – nie ma co ukrywać – moja obecność jest też dla nich pewnego rodzaju urozmaiceniem. A różnorodność w grupie jest ważna. Kiedy tworzą ją osoby „z różnych planet”, jedna może dobrze rozładowywać napięcie, a inna mobilizować pozostałych do wysiłku itp. – każdy posiada właściwą sobie cechę, którą wnosi do zespołu.

W grupie ważna jest różnorodność. Kiedy tworzą ją osoby „z różnych planet”, jedna może dobrze rozładowywać napięcie, a inna mobilizować pozostałych do wysiłku itp. – każdy posiada właściwą sobie cechę, którą wnosi do zespołu.

Można powiedzieć, że jesteście od siebie współzależni.

To prawda – gdy jedziemy do akcji, każdy strażak jest zależny od drugiej osoby i musi na nią liczyć, bo od tego zależy nieraz jego życie. Tak jak ja liczę, że kolega nie zostawi mnie w potrzebie, tak samo muszę pracować sama nad sobą, żeby on, idąc do akcji, nie bał się, że przez moje słabości może stracić zdrowie.

Czy warunek bycia wysportowanym, bardzo sprawnym fizycznie dotyczy też strażaków-mężczyzn?

Nie umniejszając kobietom – średnio sprawny mężczyzna jest zazwyczaj i tak sprawniejszy od bardzo sprawnej kobiety. A praca w straży bywa ciężką pracą fizyczną. Naturalne jest więc, że lepiej do niej predestynowani są mężczyźni. Nie dziwię się też myśleniu, że kobiety się do straży nie nadają – większość z nich jest rzeczywiście fizycznie zbyt słaba. Kiedyś słyszałam o pomyśle wprowadzeniu parytetów – dla mnie byłoby to niesamowicie krzywdzące. Nie jestem bowiem strażakiem dlatego, że urodziłam się kobietą, lecz dlatego, że solidnie na to zapracowałam.

Podczas akcji ludzie nie dziwią się, że przyjechała do nich kobieta?

Oczywiście, są zaskoczeni. Nieraz myślą, że jestem z Ochotniczej Straży Pożarnej. W naszych głowach jest wiele barier, a wizerunek kobiety-strażaka jest chyba jedną z nich. Kiedyś zadzwoniła do mnie pani redaktor z bardzo popularnej gazety kobiecej i powiedziała, że pisze artykuł o kobietach, które robią „coś innego”. Umówiłyśmy się na rozmowę, zostałam zapewniona, że wyjdzie z tego całkiem ciekawy materiał. Po jakimś czasie dziennikarka do mnie oddzwoniła, by poinformować, że artykuł się jednak nie ukaże. Opowiedziała o mnie redaktor naczelnej, a ona uznała, że moja historia jest zbyt nierealna, by przedstawić ją w ich gazecie. Czytelniczki bowiem powinny mieć możliwość utożsamienia się z bohaterką felietonu – tylko wtedy będą wracały do tej gazety. A ja nie robiłam przecież żadnych czarów, lecz ciężko pracowałam i to okazało się kluczem do osiągnięcia sukcesu.

Czy nie sądzi Pani, że coś z etosu strażaka warto byłoby przenieść na płaszczyznę ogólnospołeczną?

Dość powszechne jest przekonanie, że człowiek pracuje na swój sukces. Czasem jest ono źle – przynajmniej moim zdaniem – interpretowane, na zasadzie: „skoro jestem kowalem własnego losu, to co mi po współpracy”. Kiedy w straży osiągamy duży sukces, jak np. uratowanie ludzkiego życia czy zgaszenie wielkiego pożaru, zawsze pracujemy na niego wspólnie. Jeśli w akcję byłby zaangażowany tylko jeden strażak, z pewnością nie udałoby się go osiągnąć. Gdy pracuje się na wspólny sukces, nikt nie jest lepszy ani gorszy – wszyscy działamy wspólnie, będąc sobie równymi. Dobrze by było, gdybyśmy jako społeczeństwo mieli nasz wielki cel, do którego dążymy wszyscy razem, solidarnie, ponad podziałami.

Gdy pracuje się na wspólny sukces, nikt nie jest lepszy ani gorszy – wszyscy działamy wspólnie, będąc sobie równymi. Dobrze by było, gdybyśmy jako społeczeństwo mieli nasz wielki cel, do którego dążymy wszyscy razem, solidarnie, ponad podziałami.

powrót