Aleksander Doba

Czym na morzu różni się bycie samemu od samotności? Jak wiele można w życiu zdziałać uśmiechem? Jak zbudować zespół, w którym wszyscy dążą do osiągnięcia wspólnego celu? Opowiada o tym jedyny na świecie 70‑latek, który swoim hobby uczynił przepływanie wszerz Atlantyku – Aleksander Doba. Wszystkich, którzy chcą poznać podróżnika, zapraszamy na XII Kongres Obywatelski, który odbędzie się 28 października w Warszawie.

Rozmowę prowadzi Marcin Wandałowski – redaktor thinklettera Kongresu Obywatelskiego.

Gdy rozmawialiśmy w ubiegłym roku, przygotowywał się Pan do swojej trzeciej wyprawy przez Atlantyk. Dziś jest już Pan z powrotem w Polsce, a ja wciąż zadaję sobie pytanie: jak to możliwe, że 70‑letni – z całym szacunkiem – starszy Pan znów tego dokonał?

Cóż, potrzebne do tego było ogromne, wieloletnie doświadczenie. Podczas każdej z wypraw przydawało mi się też bez wątpienia moje wykształcenie – jestem inżynierem mechanikiem, więc potrafię samodzielnie naprawić wiele drobnych, a czasem nawet poważniejszych usterek. Druga rzecz to to, że się nie załamuję. Mnie trudno czymś złamać, zaskoczyć. Podczas wszystkich tych wypraw nie zdarzył mi się nawet jeden moment załamania, a gdy stawałem oko w oko z czymś niespodziewanym, wiedziałem, że jestem osobą zaradną i że sobie poradzę.

Pozytywne nastawienie może pomóc przetrwać drobne przeciwności losu. Czy na takim „paliwie” można jednak również przezwyciężyć te poważniejsze?

Moja pogoda ducha, optymizm i wiara we własne umiejętności to jedno. Kluczem do realizacji moich planów było jednak przede wszystkim dobre przygotowanie. Nigdy nie ruszałem na hura, z myślą, że albo się uda, albo nie. Kiedy ludzie gratulują mi, mówiąc, że znów mi się udało, odpowiadam im: „To nie tak, że mi się udało – zrealizowałem po prostu dobrze przygotowaną wyprawę. Nie liczyłem tylko na to, że się uda”. Żeby poważne przedsięwzięcie odniosło sukces, musi być świetnie przygotowane. Gdy natomiast liczy się tylko na to, że się uda, to w myśl prawa Murphy’ego – raczej się nie udaje.

Sam organizuje Pan swoje wyprawy?

Samodzielna organizacja takiego przedsięwzięcia jest niemożliwa. Na etapie przygotowań musiałem dobrać odpowiednich partnerów, którzy pomogli mi wybrać sprzęt i zebrać fundusze. To trudne i długotrwałe działanie. Moi współpracownicy byli ze mną także wtedy, gdy już płynąłem – byłem na morzu sam, ale nie samotny. Zespół był mały, kilkuosobowy, lecz świetnie zorganizowany. Każdy miał swoje zadania – spisaliśmy dokładnie, kto za co odpowiada. Ustaliliśmy, kto kogo i w jaki sposób ma zawiadamiać w razie nieprzewidzianych zdarzeń czy wypadków. Tak, żeby nie było chaosu i paniki w momencie, kiedy trzeba działać szybko i w stresie. Kiedy wszystko idzie dobrze, nie jest sztuką zrealizować plan – ważne jednak, by mieć plan B i C, gdy z jakiegoś powodu zawali się plan pierwotny.

Nie jest Pan miliarderem posiadającym niemal nieograniczone środki na realizowanie swojego hobby. W jaki sposób udało się Panu zbudować wokół siebie cały zespół ludzi?

Dobierałem do swojego zespołu tych wszystkich, którzy chcieli mi pomóc, na zasadzie wolontariatu. Każdy z nich deklarował, w czym konkretnie mógłby mnie wesprzeć. Mieliśmy umowy tylko ustne i już na wstępie zastrzegałem, że gdy komuś coś nie będzie odpowiadało, to w każdej chwili może się wycofać.

Podczas tej współpracy nie zdarzały się trudne momenty?

Oczywiście, występowały czasem różnice zdań, tarcia między członkami zespołu. Bardzo ważna była tu jednak rola mojej żony, która wszelkie te spory starała się łagodzić, rozwiązywać. Zresztą zgrzyty i konflikty są w pracy zespołu naturalne. Ludzie mają różne poglądy na różne sprawy, a gdzie spotyka się dwóch Polaków, tam są trzy zdania. Wydaje mi się, że jesteśmy trochę indywidualistami, lubimy obstawać przy swoim. Kiedy jednak dąży się do osiągnięcia wspólnego celu, dobrze jest nie obstawać na siłę przy swoim, lecz wysłuchać i przyjąć argumenty innych, a także umieć odsunąć na bok swoje drobne, nieraz osobiste zadry.

Zgrzyty i konflikty są w pracy zespołu naturalne – ludzie mają różne poglądy na różne sprawy. Kiedy jednak dąży się do osiągnięcia wspólnego celu, dobrze jest nie obstawać na siłę przy swoim, lecz wysłuchać i przyjąć argumenty innych.

Budowanie kompromisów jest bez wątpienia niezwykle istotne dla dobrej pracy zespołu. Czasem jednak zdarzają się sytuacje, w których i dobrze zgrana drużyna nie jest w stanie do końca pomóc. Jedną z nich przeżył Pan podczas swojej ostatniej wyprawy…

Mniej więcej po miesiącu od wyruszenia ze Stanów Zjednoczonych w silnym sztormie poważnej awarii uległ ster. Nie było możliwe, bym dokonał naprawy samodzielnie, gdyż zepsuta część wymagała zespawania. Choć wymyśliłem naprędce dwa układy zastępcze, nie wystarczyłyby one do tego, bym zrealizował cel wyprawy – zdecydowana większość trasy była przecież jeszcze przede mną. Mogłem wysłać sygnał zagrożenia życia i z pewnością ktoś wziąłby mnie na pokład, lecz koszt uratowania kajaka byłby zbyt duży jak na mój budżet – przeżyłbym, lecz kajak musiałbym spisać na straty. Miałem jedzenia na kilka miesięcy i szkoda mi było tak po prostu kończyć przygodę. Mój zespół szukał rozwiązania. Rzucali mi kwoty 20‑40 tys. dolarów za naprawę części, jakiej można byłoby dokonać na przepływających w niedalekiej odległości statkach. Ja jednak te propozycje odrzucałem.

Jak w końcu udało się wyjść z tarapatów?

Można powiedzieć, że moje problemy odbiły się dość szerokim echem w – nazwijmy to – morskim świecie. Z pomocą przyszedł mi komandor jachtklubu w Nowym Jorku – jak się okazało Polak, Bartosz Byliński – który szukał statków będących w pobliżu mnie i namawiał je, by zboczyły z kursu i mi pomogły. W taki sposób przekonał armatora z Hongkongu, którego statek o symptomatycznej dla mnie nazwie „Baltic Lights”, czyli „Światła Bałtyku”, zboczył z trasy, a jego załoga wyciągnęła kajak do góry i zespawała uszkodzoną część. Cała akcja trwała 4 godziny, a pomoc okazała się zupełnie bezkosztowa. Nie było żadnego liczenia, żadnych negocjacji. To wspaniałe. Solidarność ludzi morza – tak można to nazwać. Na morzu zdarzają się czasem trudne sytuacje. Kluczowa okazała się pomoc od ludzi, którzy są tego świadomi, którzy rozumieją potrzeby innych.

Bezinteresowna pomoc w świecie zdominowanym przez ekonomię – to nie zdarza się często. Swoją drogą, zwiedził Pan kawał świata – czy uważa Pan, że są pewne wartości, które łączą wszystkich ludzi: Polaka, Amerykanina, Indianina w Dżungli Amazońskiej?

Uważam, że większość ludzi na świecie ma w sobie serdeczność, życzliwość i chęć do pomocy. Przejawia się to tym, że gdy ktoś spotka człowieka w potrzebie, to niezależnie od kultury, z której pochodzi, chce mu pomóc. Przynosi to obopólną radość – jest radość osoby, której ktoś pomógł, ale jest też radość udzielenia komuś pomocy.

A może ludzie byli dla Pana tak życzliwi dzięki Pańskiemu podejściu – trudno chyba Pana nie polubić.

Jak ktoś podchodzi do ludzi z uśmiechem, to spotyka na swojej drodze uśmiechnięte osoby. Jeśli ktoś cały czas czegoś od innych wymaga, twierdząc, że mu się to należy, to może napotkać osoby, które potraktują go źle. Dla mnie podejście radosne, z uśmiechem, jest naturalne. Kiedy idę do ludzi, nie znając ich języka, zaczynam od uśmiechu. Wiele rzeczy udało mi się dzięki temu załatwić. Optymistyczne podejście do świata naprawdę działa – ludzie ci pomagają. Zabraknie ci żywności, zgubisz coś czy utopisz, to idź do ludzi i o tym powiedz. Każdy ci pomoże. Pogodne, uśmiechnięte osoby mają łatwiej. A przecież uśmiech nie jest zabroniony, każdy może się uśmiechać i z radością podchodzić do życia.

Dla mnie podejście radosne, z uśmiechem, jest naturalne. Kiedy idę do ludzi, nie znając ich języka, zaczynam od uśmiechu. Optymistyczne podejście do świata naprawdę działa – ludzie ci pomagają.

powrót